RELACJA – 10 HDŻ

IX Zimowa Watra Wędrownicza 10 HDŻ
Pociąg Katowice – Rycerka zatrzymał się na peronie… Przez dworzec przebiegła banda opatulonych niczym na podbiegunową wyprawę i obładowanych wielkimi plecakami harcerzy. Zdążyliśmy!

Przemaszerowaliśmy ulicą niewielkiego miasta, na moment zatrzymaliśmy się w sklepie, ponieważ ktoś tam, czegoś tam jeszcze zapomniał.
Asfaltowa droga szybko się skończyła, weszliśmy na polną, chwilę później już maszerowaliśmy w lesie. Gdzieś po drodze przyłączył się do nas nieznajomy pies, który najbliższą noc spędził w przedsionku namiotu Agaty i Małpy. W trakcie wędrówki odłączyły się od nas dwie koleżanki i kolega – postanowili zawrócić…
Często zapadaliśmy się w śnieg, tracąc równowagę, przewracając się. Trzeba było przyzwyczaić się do tego, że czasem zanurzasz się w białym puchu po kolana i że nie każdy krok w przód przybliża nas do celu – buty zsuwały się po częściowo ubitym śniegu w dół.

„Mogę gryza?” – zapytał Filip.
Mateusz spojrzał na kanapkę i butelkę zamarzniętej wody, które trzymał w rekach.
„… wody”.

Na czele naszej grupy szedł Gruszkin, zaraz za nim szli ci, którzy sił mieli najwięcej, pół godziny drogi za nimi szłam ja i Ewa. Natomiast gdzieś za nami maszerowali ci, którym nigdzie się nie spieszyło.

Było już bardzo ciemno. Daleko przed nami migotały niewielkie plamki swiateł – latarki współtowarzyszy naszej podróży. Ostatni odcinek trasy był bardzo stromym podejściem… Przejść od drzewa do drzewa, zatrzymać się, złapać oddech, usmiechnąć się, iść dalej. Prosty plan na najbliższy czas.
„Patrz, tam jest krzyż…” – ktoś oświetlał go swoją latarką, po dziewięciogodzinnym marszu wreszcie zobaczyłyśmy cel swej wędrówki. Na tamtej polanie, pod niebem rozświetlonym tysiącem gwiazd, harcerze rozbijali już swoje namioty, tam „już rozpaliło się ognisko, dając nam dobrej wróżby znak”.

Wokół ognia zgromadziła się grupa przemarzniętych harcerzy. Wypełzli z namiotów tylko po to by stanąć przy ogniu zimowej watry. Ogniu, który szaleńcy rozpalają na szczycie góry, której współrzędne co roku podaje Leon. „Minus dwadzieściapare stopni! Zimno!”. Więc czemu było nas tak wielu? Maszerować tyle godzin… Marznąć… Kilka łez zetrzeć ze zmarzniętych policzków… Po co?
Bo po prostu warto…

A rano… Poprzebierani w hawajskie koszule, z grillem i piekącymi się hamburgerami ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia.
Zwinęliśmy namioty, zaparzyliśmy hebatę i zjedliśmy ostatnie grillowane banany. Kilka minut zajeło nam dojście do schroniska, tam napiliśmy się ciepłej herbaty, która tym razem nie smakowała ani jak kawa, ani jak zupa pomidorowa.

Na peronie w Rycerce gotowaliśmy zupki chińskie, kisiel i parzyliśmy herbatę. Kiedy przyjechał pociąg rozsiedliśmy się wygodnie w opustoszałym wagonie i dojadaliśmy czekolady jakie zostały w naszych plecakach.

Dh. Dominika

< powrót do listy relacji

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *