(Nie)Zimowa Watra Wędrownicza

Jest w Koninie grupa (głównie) byłych harcerzy, która praktycznie w ciągu roku nie ma ze sobą kontaktu. Ale gdy tylko przychodzi styczeń, a na specjalnej stronie pojawia się ciąg cyfr i liter, w ruch idą telefony, maile i fejsbuki. Byle tylko znów dotrzeć na przypadkowe spotkanie w Beskidach.

W tym roku, jak i w kilku ostatnich, było nas czterech. Kevin, meldujący się na Watrze już po raz piąty, Ćwieku i ja (niżej podpisany) po raz czwarty i Robert, który w tym roku dotarł w Beskidy po raz drugi. Trzech z nas to byli już członkowie Związku, wciąż działa tylko Robert.

Tym razem, w przeciwieństwie do lat poprzednich, nasza Watra miała dwa początki. Kevin i Ćwieku ruszyli w długą, nocną trasę łazikiem Mateusza, a ja z Robertem kultywowaliśmy tradycję kilkugodzinnej (w tym roku ok. 10 godzin) jazdy pociągiem. Spotkanie wyznaczyliśmy sobie w Milówce. W związku z nietypowymi warunkami tegorocznego spotkania chcieliśmy być na miejscu jak najwcześniej z jak największym zapasem sił, by mieć jeszcze parę w nogach, by dojść na miejsce biwakowania. Po siódmej rano zapakowaliśmy się wspólnie (cztery osoby i cztery plecaki) do dwuosobowego samochodu i podjechaliśmy pod sam zielony szlak koło Bugaju (za Złatną). Krótkie przepakowanie, zdjęcie jednej, czy dwóch warstw ubrań (poranek zwiastował już późniejsze upały), a następnie ostre podejście na sam początek.

Taka rozgrzewka była w sam raz na dalszą część trasy. Przy pięknie świecącym słońcu i wspaniałych widokach wokół dotarliśmy do czarnego szlaku, biegnącego już w stronę Baraniej Góry. Wczesny start pozwolił nam na spokojne tempo marszu i częste przerwy. W ruch szły więc aparaty fotograficzne i telefony, żołądki cały czas dostawały kolejne porcje jedzenia, a dla zabawy zawsze można było pozjeżdżać sobie po kompletnie oblodzonym fragmencie trasy. Na szczyt dotarliśmy ok. godz. 14, dzięki czemu mieliśmy sporo czasu na skorzystanie z wieży widokowej, a następnie przygrzanie sobie jedzenia. W międzyczasie pogoda zmieniła się na nieco bardziej zimową i porywisty wiatr szybko przegonił nas w bardziej zalesione tereny. Chwila czekania na Żwirka i Muchomorka, tylko po to, by zaraz ruszyć na miejsce noclegu.

Choć śnieg spotkaliśmy już po drodze, biała polana od razu bardziej skojarzyła się nam z typowym widokiem podczas Zimowej Watry. Po raz kolejny, z mnóstwem czasu i bez pośpiechu (w porównaniu z poprzednimi edycjami – coś nowego) rozbiliśmy swoje dwa namioty. Wejście do śpiworów było o wiele łatwiejsze i o wiele przyjemniejsze, niż późniejsze wychodzenie z nich na wieczorne ognisko. Dobrze znane słowa „Płonie ognisko” przypomniały stare harcerskie dzieje i inne ogniska. Od słów wielkich i ważnych przeszliśmy do tych bardziej lekkich i zabawnych. Przyjemnie było po raz kolejny odmeldować się w watrowym gronie, nawet jeżeli na hasło Konin, jedyne skojarzenie to: „To wy też chyba Pyry, nie?”. Na koniec lista, rzut okiem na rozgwieżdżone niebo i rozmigotany od świateł miast horyzont i do namiotów.

Noc, choć stosunkowo ciepła, była jednak niezwykle wietrzna, co osobiście skłaniało mnie do nocnych rozmyślań pt. „Ile odciągów już puściło i czy zaraz nie będę musiał gonić mojego namiotu”. Schronienie jednak wytrzymało, a ranem dało się grzecznie i bez problemu zapakować znów do plecaka. Trasa powrotna, jako, że z górki, była jeszcze przyjemniejsza, niż w drugą stronę. Kolejne chwile zabawy na lodowisku i zanim się człowiek obejrzał, już stał przy zielonym Samuraju. Po małej rozgrzewce i przepchnięciu auto w końcu odpaliło i, ciasno, ale bezpiecznie, odwiozło nas pod dworzec.

Tam tradycyjnie spóźniliśmy się na wygodny pociąg o jakieś dziesięć minut. Kevin i Ćwieku ruszyli w swoją stronę, jak z Robertem zaczęliśmy ścigać się z czasem. Równie tradycyjnie tą walkę przegraliśmy już w Żywcu, wcześniejszy pociąg z Katowic odjechał bez nas, a my potulnie czekaliśmy na ten, który nas zawiezie. O 22 byliśmy w Kutnie, następne trzy godziny dziwiliśmy się, jak na trasie Warszawa – Poznań może NIC nie jechać. Później jeszcze spanie w poczekali i o wpół do drugiej zawitaliśmy do Konina.

Choć w tym roku nie udało się nam powiększyć watrowych zapaleńców o nowe twarze, mamy nadzieję, że już podczas XII ZWW nie zabraknie prawiczków w naszych szeregach. Tymczasem, do zobaczenia za rok.

Bartosz Skonieczny
swego czasu 13 KDW „Wadery”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *